15 października

Start a fire. Runda pierwsza


      Po książkę „Start a fire” sięgnęłam ze względu na rosnącą jej popularność i potężne kolejki do autorki, która już samym pseudonimem artystycznym u mnie budziła okrutną niechęć. Stwierdziłam jednak, że skoro coś zostało wydane, to nie są to tylko wypociny z wattpada i trzeba się przekonać na własnej skórze o co tyle krzyku.


     Już sam opis był tak długi, że postanowiłam nawet nie sprawdzać o czym ta książka w ogóle jest, tylko rzucić się na głęboką wodę. Z reguły robię tak gdy podoba mi się jakaś okładka, chcę dać się zaskoczyć. Nie tym razem, tutaj tylko i wyłącznie ciekawość mnie popchnęła do lektury, a czy mi się ona podobała?

     Fabuła sama w sobie opiera się na relacjach młodych ludzi. Główna bohaterka ma siedemnaście lat i choć podobno jest inteligentna, ale w sumie przeciętna i dobrze wychowana, to wpada w dziwną relację z chłopakiem o czarnych oczach. I te czarne oczy będą was w treści prześladować dosłownie co chwilę.
Wszystko to zamienia się w tak toksyczne uczucia, że aż kipi czytelnikowi z uszu dym. Wszystko to jest tak dziecinne, tak infantylne, a nazywanie bohatera „zblazowanym” generalnie świadczy o małym zasobie słownictwa autorki.

     Nie będę wspominać o tym, że to 600 stron opowieści w zasadzie o niczym. Nie ma jakiegoś określonego tematu. Ot, dwójka osób, które się spotkały i przerodziło się to w coś obrzydliwego.

     Tej książki nie można nazwać ani młodzieżówką, ani romansem, ani nawet erotykiem. Dla mnie to tekst, który wzbudził tak negatywne odczucia, że została okrzyknięta najgorszą przeze mnie przeczytaną książką. I faktycznie, nie ma nic, co byłoby od tego paskudniejsze.
Na tą oceną nie składają się tylko moje subiektywne odczucia, ale także obiektywne, przez które mogłabym wydawnictwo od góry do dołu opieprzyć za bak redakcji, błędy. Jasne, każdemu może się zdarzyć, ale w tym przypadku wygląda to tak, jak by wzięto podrzędny tekst z wattpada, bo jest popularny, to się sprzeda. No i się sprzedał. Na targach książek do autorki ustawiają się ogromne kolejki po podpis, a ja się pytam: dokąd zmierzamy skoro wydajemy dziadostwo otwarcie tylko dla kasy?

2 komentarze:

  1. Będę wiedziała, czego nie czytać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie najgorszy rodzaj książek. Coś, co się dobrze klika w internecie i jest w miarę ok jako publikowane we fragmentach, nieangażujące historyjki, nigdy nie powinno zostać wydane jako książka.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2019 Wystukane recenzje