19 stycznia

Kat Gaudiego

 


     Hej, hej! Dzisiaj przychodzę z książką od Wydawnictwa SQN, zapraszam dalej!     


     Bierzecie udział w akcjach typu "czytanie książki w ciemno znając tylko gatunek" lub "zgadnij tytuł czytanej książki"? Wydawnictwo SQN przy tej premierze wysyłało do recenzentów tekst w formie białej okładki z miejscem na umieszczenie tytułu. Zadaniem było zgadnięcie cóż to może być wiedząc jedynie, że będzie to coś kryminalnego... świetna zabawa, prawda?

     W ten sposób można było dać się zaskoczyć fabule nie znając absolutnie żadnych szczegółów, nie mając nawet zdania opisu. Dla mnie to super sprawa, bo często biorę do ręki powieść tylko dlatego, że spodobała mi się okładka, ale tutaj nawet tego nie miałam. Czy się domyśliłam tytułu? Tak, po kilku pierwszych rozdziałach i głównie dlatego, że pojawiło się pewne nazwisko. Znałam je już wcześniej, z różnych opisów, zagranicznych polecajek, ale blokował mnie język przed poznaniem tej historii. Dlatego jak tylko zobaczyłam, że to właśnie TO, niemal się zachłysnęłam, że w końcu zostanie wydana u nas!

     "Kat Gaudiego" to historia skrywająca w sobie zło. Czyste, precyzyjne, artystyczne. Wyobraźcie sobie, że na fasadzie znanego w Barcelonie budynku zawisa ciało. I to ciało płonie. Do tego pojawia się nagranie, które jasno sugeruje, że sprawca w ogóle nie obawia się kamer, policji, zdemaskowania. Typowy morderca z ego potężniejszym niż może je udźwignąć? Być może, ale planuje starannie, nie zostawia po sobie żadnych śladów i można odnieść wrażenie, że jest niewidzialny stojąc pod samą latarnią, a pod nią przecież najciemniej.

    Po drugiej stronie barykady mamy inspektora Malarta. To taka typowa postać człowieka z intuicją, chcącego złapać sprawcę, mającego dość mroczną przeszłość i zasady, brzydko mówiąc, w dupie. To nie pierwszy taki człowiek i zapewne nie ostatni w takiej roli. Jest irytujący, powoduje grymas na twarzy czytelnika dosłownie co chwilę, ale przy tym jest piekielnie skuteczny. Tym razem jednak nie działa sam, a z profilerką i ta postać z kolei nieco łagodzi niechęć do głównego bohatera.

    To taki klasyczny kryminał, gdzie mamy na dzień dobry zbrodnię i po kawałeczku układamy wraz z bohaterami puzzle by po drodze jeszcze nie raz się zdziwić i iść w zupełnie innym kierunku. Jest też dość brutalnie i od strony śledztwa faktycznie autor rozegrał wszystko bardzo dobrze, zaskakująco i z pomysłem. 

    Jednak relacja bohaterów już niekoniecznie się udała. Jak by autor założył, że musi coś takiego się pojawić, bo czytelnik powinien nieco poznać bohaterów, zobaczyć ich nie tylko od strony zawodowej i zapałać jakimikolwiek uczuciami do nich (niekoniecznie pozytywnymi). Mam wrażenie, że to była ta trudniejsza część pod względem tworzenia całości historii.

    Całość jest świetna. Nieco przegadana, bo jak na taką ilość stron można poczuć, że momentami się akcja ciągnie i wyczekuje się jakiegoś spektakularnego zwrotu akcji, ale ma to swój urok. A na deser Barcelona! Aż chciałoby się pojechać i pozwiedzać ścieżkami bohaterów!

    Podsumowując, bardzo dobry kryminał, z pomysłem i to początek serii, więc jest na co czekać!

     Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem SQN.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2019 Wystukane recenzje