Hej, hej! Dzisiaj przychodzę z książką od Wydawnictwa Warszawska Firma Wydawnicza, zapraszam dalej!
Jak uważacie, są książki, których okładki są zupełnie nieadekwatne do treści? Czy to nie powinno mieć większego znaczenia? Dla mnie ma ogromne, zaczynając od erotyków ukrytych pod pierzynką słodkiej, cukierkowej okładki, kończąc na właśnie powieści a la sci-fi z okładką sugerującą jednak coś zupełnie innego.
Taki właśnie efekt wywołuje okładka najnowszej książki Bartłomieja Kurkowskiego. Choć opis naprawdę przyciągnął moją duszę uwielbiającą sci-fi, wszelkiego rodzaju utopie, dystopie, a także kosmiczne wyprawy, to jednak patrząc na grafikę czuję lekki niesmak i prawda jest taka, że wiele osób po nią nie sięgnie właśnie z tego powodu.
No, ale nie ocenia się powieści po okładce, więc zajrzyjmy co w środku kryje. A tam szalenie niepokojąca wizja świata współczesnego, gdzie stworzone zostają hybrydy ludzi ze zwierzętami, ponieważ umierają wszystkie psy i koty, a później także inne zwierzaki. Ma to na celu wypełnienie luki uczuciowej, ale szczerze mówiąc mi osobiście zabrakło czegoś więcej. Skoro mamy taką wizję świata pogrążonego w epidemii, nie ma zwierząt, a ludzie są genetycznie modyfikowani, to czemu nie pójść w... kanibalizm? Czemu nie zahaczyć o to, co się zacznie dziać nie tylko z ludzką psychiką, ale też z fizycznym ciałem?
Są tutaj stawiane ważne pytania, wręcz niektóre egzystencjalne i dotyczące etyki. Można się zastanowić jak to faktycznie by było, gdyby taka epidemia się zdarzyła, a ludziom pozwolono by na eksperymenty na innych ludziach. Bo do tego, według mnie, się to sprowadza. Jednak to o wiele za mało i choć autor widać, że chciał czerpać z wielu już istniejących dzieł by stworzyć coś ciekawego, nowego, to jednak według mnie jest to książka, która nie ma w sobie tego czegoś.
Zabrakło mi treści, a momentami miałam uczucie, że autor wypełniał ilość stron na siłę. Być może powinien pójść w krótszą formę i zrobić z tego opowiadanie.
Podsumowując: pomysł był i to całkiem dobry, ale wykonanie kuleje i to mocno. Do tego okładka, która naprawdę zniechęca czytelnika, bo śmiało można było zrobić tutaj coś ciekawszego, a nie ociekającego kontrolą mężczyzn nad kobietami. A już zwłaszcza po lekturze odczucie jest takie, że to one powinny być tym elementem, na którym można sobie eksperymentować, a facet może mieć posłuszną... no właśnie, psinkę, laleczkę, a może zabawkę erotyczną?
Recenzja powstała we współpracy z Warszawską Firmą Wydawniczą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz